niedziela, 20 października 2013

"Szukając Alaski" John Green

"Szukając Alaski" John Green


Autor: John Green
Tytuł:
Szukając Alaski
Wydawnictwo:
Bukowy Las
Ocena:
10/10!

Porównywana do "Buszującego w Zbożu" (którego czytałam w Tygodniu XXX książek) powieść Johna Greena, została wydana po sukcesie tytułu "Gwiazd naszych wina". Potrafię znaleźć podobieństwa do przywołanego na okładce klasyka, ale pozycją, która osobiście przyszła mi do głowy najpierw jest "Charlie", z bardzo podobną fabułą, nie wspominając o głównym bohaterze, wiernej kopii tytułowego Charliego, przez co chciałam nawet obniżyć ocenę książki, ale nie mogłam.


"Inni mieli swoją czekoladę, ja miałem przedśmiertne deklaracje."


Introwertycznie usposobiony młody nastolatek początkowo jest typem obserwatora. Jego strategia towarzyska to "słuchanie w milczeniu". Nie ma przez to żadnych przyjaciół, pogodził się z tym dawno. Początkowo zagubionych, poszukujący "Wielkiego Być Może", odnajduje się w zupełnie nowym otoczeniu. Przyjeżdża do szkoły z internatem w Culver Creek, gdzie znajduje przyjaciół myślących podobnie, wprowadzających go do wspaniałego świata dojrzewania. Papierosy, alkohol, seks to tylko niektóre z nowych uzależnień Milesa. Czymś, a właściwie kimś,  co zawładnęło jego sercem najbardziej jest niesamowita dziewczyna o imieniu Alaska, przyciągająca jak magnes. Niczym gwiazda, gorąca tak bardzo, że po podejściu zbyt blisko można się sparzyć.


"Wszyscy palicie dla przyjemności. Ja palę po to, aby umrzeć."

Each cigarette cuts a day away from your life.
Czytając zobaczyłam ten obrazek w głowie
Alaska Young od samego początku różni się od reszty. Choć to rówieśniczka Miles'a łatwo o tym zapomnieć, ze względu na jej wywyższający się styl bycia. Jakby tylko ona była w stanie zrozumieć ten świat. Jakby nikt nie mógł pojąć ogromu jej cierpienia. Gra twardą, nakłada skorupę "nic-mnie-nie-obchodzi", ale to inteligenta, oczytana i przede wszystkim bardzo wrażliwa dziewczyna. Traktuje wszystkich pobłażliwie, wypowiada się z nutą pogardy w głosie.
Przypomina mi Ingrid z "Białego Oleandra", skupiając na sobie całą uwagę, choć jest drugoplanową postacią, a nie narratorką. Bardzo bezpośrednia, a jednocześnie tajemnicza. Pomimo trudnego charakteru budzi sympatię. Nie to złe słowo. Ludzie jej nienawidzą, a jednocześnie kochają. Zmienna, nieuchwytna, szalona, "Jednego dnia zimna jak lód, drugiego milutka". Wpada z histerii w zachwyt, niczym podręcznikowy przykład borderline. Jest to też moim zdaniem dokładny opis Effy ze "Skinsów".


"Jestem złym chłopakiem, a ona jest złą dziewczyną. Jesteśmy siebie warci."

Chip Martin aka Pułkownik to współlokator głównego bohatera. Jedno z jego ulubionych zajęć to raczenie się ambrozją - autorskim napojem, składającym się z pięciu części mleka i części wódki. Oprócz tego, obsesyjnie uczył się geografii - krajów, stolic, ludności.
Ma niesamowite poczucie humoru oraz talent do zapamiętywania. Polubiłam go chyba najbardziej, zawsze rozśmieszał, był pomysłowy i taki... prawdziwy.

" Nigdy nie powinniśmy popadać w beznadziejność, ponieważ nie można zniszczyć nas nieodwracalnie. Uważamy się za niezniszczalnych, ponieważ tacy jesteśmy." 

To powieść o trójce niezwykle inteligentnych młodych ludzi, charakterystycznych dla tego autora bohaterów. To ciekawi świata odkrywcy, buntowniczo nastawieni, wrażliwi, próbujący odkryć wyjście z labiryntu. Nie można ich nie lubić, nie podziwiać. Z drobnymi wyjątkami.

Książka podzielona jest na części: "PRZED" i "PO", co sprawia, że czytelnik chce się w końcu dowiedzieć o co chodzi. Pisane wielkimi literami sugerują coś tak ważnego, że chciałoby się to wykrzyczeć. Podejrzewałam jaka będzie natura tego wydarzenia, bo nie była to pierwsza pozycja Greena, z którą się zetknęłam. 

Autor, jak zwykle, lekkim piórem opisał rzeczy tak poważne i tragiczne, nie zapominając o dużej dozie sarkazmu i humoru. Nawet jeśli nie wiedziałabym kto napisał "Szukając Alaski" - co jest niemożliwe - od razu rozpoznałabym charakterystyczny styl autora. Wplótł do powieści wiele kawałków dobrej literatury, co pokazuje nam jak kocha książki i jak ważne są one w jego życiu. Dialogi są na mistrzowskim poziomie, to zdecydowanie jeden z lepszych aspektów powieści. Green po raz kolejny wykreował bohaterów, jakich chciałoby się poznać, których można stawiać sobie za wzór, w kwestiach na przykład przyjaźni. Nie przesadził, więc nie są oni zbyt idealni. Ich życie to nie cud, miód i orzeszki.  

Green zawsze pozostawia czytelnika z pytaniami, nie mamy wszystkiego podanego na tacy. Nierozwiązane zagadki mogą denerwować, ale mają w sobie pewną magię tajemnicy. Dokładnie jak w życiu - nie zawsze znamy jkażdy szczegół historii i musimy się z tym pogodzić. Autor daje nam możliwość interpretacji i jestem pewna, że niektórzy wyobrażają sobie zakończenia bohaterów zupełnie inaczej niż ja.



Mam jednak obiekcje, a właściwie obiekcję. Nie podobały mi się niektóre sceny intymne, z jedną na czele, bo są strasznie naiwne. Kto czytał wie o czym mówię. Wątpię, by dwie osoby w tym wieku tak właśnie wyobrażały sobie te sprawy, a potem musiały prosić o radę. Rozumiem, że chciał oddać tę niewinną niezręczność. Mimo wszystko było to trochę naciągane, choć jest to jedna ze scen, z której Green jest bardzo dumny i nie chciałby jej usunąć. Cóż. Pomijając ten drobny szczegół, powieść była idealna.



Z pewnością wielu z Was jest zainteresowanych porównaniem do książki "Gwiazd naszych wina" tego samego autora. Moja opinia jest trochę inne niż większości, wydaje mi się, że podobała mi się nawet bardziej. Przede wszystkim jednak, jest po prostu zupełnie inna. Wszystkie powieści Greena są tak wspaniałe, że zawsze mam ten sam problem - dawkować je sobie czy pochłonąć od razu? Tę decyzję podjął za mnie czas. Po skończonej lekturze, przez chwilę nie ruszałam się, tylko myślałam. Początkowo o Alasce, Milesie, Pułkowniku, książce ogółem. Czy John Green napisze jeszcze coś równie wspaniałego i co powinnam czytać teraz, mając tak wysoko ustawioną poprzeczkę? Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że uwielbiam Greena!
To jego debiutancka powieść, ale jakże cudowna! Bardzo podoba mi się, że wplótł prawdziwe elementy do książki - m.in miejsce czy najlepszy żart w historii szkoły - naprawdę się zdarzył, choć nie był pomysłem autora, a jego kolegów, szczegóły na jego kanale na yt.

Jeśli czytaliście książkę mam dla was kilka ciekawostek na facebookowym profilu. Piosenki o książce, w tym jedna Hanka Greena - brata pisarza oraz link do tumblr'a gdzie ostatnio wrzuciłam miliony obrazków i cytatów, takich jak te z kolażu powyżej.

24 komentarze:

  1. Aj, Aj. Też czytałam, ale te "intymne" sceny dla mnie nie były naciągane tylko co najmniej śmieszne. Mam podobne odczucia do tej książki. Recenzja świetna jak zawsze ♥
    Weny,
    N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmieszne to dobre określenie. Po prostu ciężko w to uwierzyć :) Pogadamy w szkole!
      Bardzo dziękuję ;)

      Usuń
  2. Do tej pory czytałam jedynie "Gwiazd naszych wina", więc muszę i tę książkę przeczytać. Świetna recenzja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. GNW również bardzo mi się podobała, jednak temat ukazany w tej książce wydaje się mi bliższy. Musisz, musisz!
      Dziękuję!

      Usuń
  3. Wcześniej nie zwróciłam specjalnej uwagi na tę pozycję, ale po Twojej recenzji mam ochotę się z nią zapoznać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że cię przekonałam, bo naprawdę warto!

      Usuń
  4. Ha, a na mojej półce właśnie czeka "Buszujący w zbożu". Zatem najpierw przeczytam go, a później sięgnę po "Szukając Alaski", aby móc samej odnieść się do tego porównania i przekonać się, czy naprawdę istnieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobiłam tak samo jak ty. Przypomniałaś mi, że czas oddać "Buszującego" :P Zdecydowanie lepiej sięgnąć najpierw po klasyki, a potem zobaczyć dlaczego porównują. Podobieństwa są, ale nie tak znaczące.

      Usuń
  5. Już wcześniej miałam ochotę na tę książkę, ale Ty mi zrobiłaś jeszcze większego smaka :) "Buszującego" czytałam, ale uważam, że nie było to dzieło sztuki, aż trudno uwierzyć, że jest to ulubiona powieść Billa Gates'a... mam nadzieję, że "Szukając Alaski" okaże się o niebo lepsze. :))
    Pozdrawiam serdecznie! (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Szukając Alaski" oceniłam wyżej. Wiadomo, "Buszujący" jest klasykiem, mnie się podobał. Nie masz się czego bać, bo mało jest tu podobieństw ;)

      Usuń
  6. Oj koniecznie muszę dorwać :) Pozostałe książki autora są świetne, więc ta pewnie też :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co jeszcze czytałaś?
      Ja mam zamiar zabrać się za wszystko co wyszło spod jego pióra :)

      Usuń
  7. Dzisiaj do mnie cudeńko dotarło dopiero :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę, że będziesz czytać po raz pierwszy! :)

      Usuń
  8. Strasznie chciałabym przeczytać w końcu jakąś książkę tego autora, ale nie jest mi to dane. Mam nadzieję, że prędzej niż później się to zmieni.
    Świetna recenzja!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czemu nie jest ci to dane? Green jest niesamowitym pisarzem :)

      Usuń
  9. Cytaty, które przedstawiłaś bardzo mnie zachęciły muszę przeczytać tą książkę !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :) Starałam się wybrać jeden pasujący do każdego bohatera.

      Usuń
  10. Słyszałam dużo dobrego o tej książce, więc muszę przeczytać, gdy nadarzy się okazja. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Długo czekałam na tą chwilę aż będzie dane napisać mi cokolwiek o tej książce tu i teraz i podzielić się moimi własnymi odczuciami, jeżeli tylko mogę.
    Greena pokochałam już po pierwszych zdaniach książki "Gwiazd naszych wina". Ta książka pozostanie dla mnie wyjątkowa z wielu powodów... dlatego, ponieważ jest tak cudowna i otworzyła mi oczy na wiele spraw... ale także ponieważ kupiłam ją przez przypadek - błądząc pomiędzy empikowymi alejkami w Krakowie, na rynku wraz z moim chłopakiem (a trzeba dodać, że Kraków to moje magiczne miasto).
    Do tej książki ("Szukając Alaski") zabrałam się już z stwierdzeniem, że jest genialna. Słyszałam o niej wiele dobrych słów i spodziewałam się tego, że po przeczytaniu, będę mogła tylko kiwnąć głową na znak potwierdzenia. Tak właśnie się otóż stało...
    Podoba mi się to, że Green traktuje bardzo inteligentnie swoich czytelników pozostawiając im wybór w odpowiedzi na pytania, które osobiście zadaje. Dzięki temu zdobywa wśród swoich czytelników kilka chwil ciszy i refleksji po ostatnich słowach powieści.
    Oprócz tego wszystkiego co powyżej wymieniłaś... mi spodobała się jeszcze jedna rzecz.
    Czytając książki, dobre książki, często mówimy, że dana książka nas wciągnęła... czyli zatraciliśmy się w niej i nie mamy najmniejszej ochoty wychylać się ze świata w którym jesteśmy, biegnąc po literach. Zazwyczaj wciągają nas kryminały czy powieści, gdzie akcja jest nietypowa/szybka/zagadkowa. Tak jest np. gdy czytamy książki Browna - chcemy jak najszybciej odkryć rozwiązanie zagadki i sami czujemy się detektywi.
    Mnie natomiast ta książka wciągnęła w inny, szczególny sposób i spotkałam się z tym po raz pierwszy.
    Nie było w tej książce nic z tego co wyżej wymieniłam, a działa na mnie jakaś magiczna moc - jakiś magnes, który przyciąga. Ona mnie nie pochłonęła, a i tak nie mogłam się od niej oderwać. Mimo iż jest to naprawdę ciężka książka pod względem psychologicznym, każde zdanie wpływało mi przyjemnie do głowy. Ono nie syciło, nie zajmowało miejsca w moim mózgu, a przyjemnie wywoływało głód kolejnych zdań i kolejnych myśli.
    Osobiście muszę przyznać, że zaskoczył mnie koniec (co stało się już moją tradycją przy książkach Greena).
    Cały czas, gdzieś starałam sobie wyobrazić, że znajdują jakiś list, jakieś jej ostatnie słowa... coś co zaspokoi bohaterów, ale również mnie.
    Ale naprawdę cudowne jest to, że tego nie było i dostrzegłam to dopiero w tej chwili pisząc ten nużący komentarz.
    Ta książka otworzyła moje oczy na niektóre rzeczy i dała mi kluczyk do drzwi. Na pięknych i dużych drzwiach wisi skromna tabliczka... "Wielkie Być Może". Trzymam go teraz w ręku i tylko do mnie należy decyzja czy zapomnieć... czy podjąć wyzwanie i je otworzyć. Wygodniej by było wyrzucić kluczyk za siebie, tak jak to ujął Klucha. Ale myślę, że decyzja już zapadła w mojej głowie i jest ona taka sama jak u milionów ludzi, którzy przeczytali tą książkę. Przed każdym który ją zdrozumiał i ją zgłębił stają takie drzwi... tylko każdy widzi je w innym kolorze i wykonane z innego materiału.
    Dopiero teraz zwróciłam uwagę na zakładkę, którą miałam dołączoną do książki i wywołała ona u mnie uśmiech...
    Wczoraj czytając tą książkę w łóżku... zwróciłam uwagę na zdanie, które mnie urzekło swoją prostotą i pięknością.
    "Gdyby ludzie byli deszczem, to ja byłbym mżawką, a ona huraganową ulewą."
    I właśnie to zdanie... znajduje się na okładce. :)
    Jest w nim coś jeszcze, nie tylko opis dwóch osób... coś, co musi każdy osobno rozszyfrować.
    Gdy myślę, tak o Tobie teraz Madziu kojarzysz mi się z Alaską... i jej "Biblioteką Życia" i myślę, że to naprawdę miłe skojarzenie. :)

    Przepraszam za to, że aż tak się rozpisałam.
    Serdecznie pozdrawiam.
    Basia. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie napisane, nie ma za co przepraszać :) Twój komentarz będzie dłuższy niż moja recenzja ;P
      Również podoba mi się podejście Greena do czytelnika.
      Jejku, dziękuję! SPOJLER - Mam jednak nadzieję, że życie przygotuje mi szczęśliwsze zakończenie. KONIEC SPOJLERA.

      Również pozdrawiam,
      Magda :)

      PS Czytałaś "Papierowe Miasta"? I napisz koniecznie na maila, bo jakoś nam się kontakt urwał!

      Usuń
  12. Chciałabym, żeby John Green był moim tatą, a Pułkownik bratem haha :D Nie no ta książka jest niesamowita. Jestem świeżo po lekturze i nie mogę się otrząsnąć. Nie wiedziałam, że debiut może być tak mistrzowsko napisany!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też ^^. Teraz zabieraj się za "Papierowe Miasta" albo zabierzmy się za nie razem, ale nie teraz :D Będziemy czytać w tym samym czasie.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...